Zawsze uważałam siebie za twardzielkę. Taką ot Pocahontas- wkurzysz mnie to strzelę Ci z łuku w piętę.
Zawsze myślałam o sobie „kto jak kto ale ja to sobie w kaszę nie dam dmuchać, nie ze mną takie numery”!
Ale wiecie jaka jest prawda?
Że to gówno prawda.
Są ludzie, którzy mogą mi nasrać na głowę, wetrzeć to gówno w twarz, a ja, jeśli tylko to uzasadnią – spróbuję to zrozumieć.
I wiecie co?
Wcale nie uważam tego za słabość. Odwrotnie- to moja siła. Bo potrafię być ponad krzywdy.
Istotnym faktem w całym tym wyznaniu jest to, iż dotyczy to jedynie, a może głównie( żeby znowu nie powiedzieć gównie) -ludzi, którzy są mi bliscy. Których kocham.
I jest to swego rodzaju naiwność, nieustanna wiara w ludzi, dostrzeganie w tym całym syfie jaki się przydarza, ich dobre strony.
Powiedziałam ostatnio do mojego brata, ze jest naiwny. Pogniewał się na mnie.
Ja zupełnie tego nie rozumiałam, bo w moim odczuciu naiwność tego typu, to nie jest słabość. Słabi są Ci, którzy ją wykorzystują przeciw tym, którzy wierzą w ich dobroć.
Bo to przecież prawda, ze ludzie błądzą. Nie ma złotych środków na wszystko co się w życiu człowieka dzieje.
I ja również wierzę, że złe rzeczy się czyni nie bez przyczyny- chyba, że ktoś jest chory. Ale to też w końcu jakaś przyczyna.
I nie- nie bronię tu nikogo.
Chodzi o obiektywizm. O wejście na poziom powyżej emocji. O dojście do sedna sprawy. Po co? By zrozumieć. Bo tylko rozumiejąc jesteśmy w stanie coś naprawić, zmienić bądź czasami odrzucić.

Ciemna strona tej przypadłości jest fakt, że często bywamy zranieni.
Np Ja. – Jak juz wspomniałam Pocahontas w połączeniu z Xeną Wojowniczą księżniczką.
No ja przecież nie dam sie zranić! Ja nie z tych co pozwolą sobie wejść na głowę!( Tak, to przerobiliśmy parę linijek wcześniej).
Chce powiedzieć, że dzisiaj sobie uświadomiłam, a właściwie zostało mi uświadomione, że ja właśnie tą chęcią poznania, bardzo pozwalam siebie ranić.
Bo ciągła wiara w coś sprawia, ze po każdym rozczarowaniu zbieramy w sobie siłę by na nowo uwierzyć (bo ja się nie poddaję!- To już nie ściema). Tylko, że często te upadki się ponawiają.

I sęk w tym , ze nie wiem czy bycie Matką Teresą kiedyś sprawi, że ktoś będzie chciał tak uparcie rozumieć mnie. I czy to, ze ja kogoś zrozumiem pomoże mi się z nim oswoić. I czy może ja próbuję kogoś zmieniać na lepsze, a ten ktoś może wcale nie chce być lepszym? A może chce, ale stanie się nim tylko wtedy kiedy to on będzie musiał rozgryźć kogoś tak jak ja rozgryzam teraz.

Chyba już za bardzo gmatwam. W każdym razie reasumując:
Moim skromnym zdaniem: Naiwność to nie słabość. To dobre serce, na które już wielu nie stać.

Skorupa.

Brak komentarzy

Wychodzenie ze swojej skorupy jest trudne.
Ze skorupy własnej codzienności.
Utartych szlaków i znanych schematów.
Chcemy coraz więcej. Chcemy iść coraz dalej.

Tęsknie za sobą. Za sobą sprzed przeprowadzki.
Zajętej sobą. Skupionej tylko na sobie.
Teraz dzielę własne myśli. Własny plan dnia.
Czekam na jakiś przełom. Na koniec zimy.
Znam ten stan zawieszenia i złoszczę się na siebie.

Czy naprawdę zawsze potrzebujemy dramatu by coś naprawdę w sobie zmienić?

Spaść nisko, żeby odbić się w górę?
Może niepotrzebnie wróciłam na stare śmieci.

Może powinnam była lecieć dalej, głębiej siebie i życia?

Wróciłam do starej siebie. Do głowy pełnej marzeń, zamkniętej w czterech ścianach. Pragnącej miłości. Przygody. Wiatru w żaglach.

Może żagle…może to powinien być mój plan na lato.
Zaraz po motorze.
By poczuć pęd. By iść przed siebie. By wyjść z tej skorupy.

By być sobą i czuć się z tym świetnie.

ważne.

Brak komentarzy

Zastanawiam się ostatnio dlaczego tak często przekładamy poczucie własnej wartości na ocenę innych?
Może to wynika z naszej własnej niepewności siebie? Jednak z drugiej strony, przecież nigdy nie będziemy obiektywni w stosunku do samych siebie. Czy więc idealizowanie własnej osoby jest rzeczywiście dobre?
W pewnym sensie to ograniczanie siebie samego, blokowanie rozwoju osobowości.
Przecież nie zawsze to co wydaje nam się dobre, rzeczywiście takie jest.
A może jest? Może chodzi o to, żeby wybierać to co jest dobre dla nas samych?
Tylko czy przy takim poziomie egoizmu można stworzyć zrównoważony, szczęśliwy związek? I czy my w ogóle wiemy co jest dla nas dobre?
Nie jestem do tego przekonana.
Zawsze uważałam, że warto być otwartym na to co mówią ludzie, bo w każdej, nawet najbardziej kąśliwej uwadze jest szczypta prawdy. Prawdy w rozumieniu tego jak nas się postrzega. Bez względu na kierujące motywy osoby oceniającej.
Może w tym rzecz? Może dlatego wybieramy partnerów, którym wciąż musimy coś udowadniać, bo tak naprawdę chcemy udowodnić coś samemu sobie?
To, że jesteśmy warci miłości, że wyjątkowi?
A może to nie ma znaczenia czy sami dla siebie jesteśmy wartościowi?
Może jest to syndrom osoby, która czuje się sama ze sobą dobrze, dlatego do pełni szczęścia potrzebuje dostrzec to w odbiciu drugiej osoby?

A może to już tak jest, ze w relacjach chodzi o to, żeby się ciągle przeciągać, naciągać, wyginać i generalnie gimnastykować, żeby wciąż doskonalić siebie i swój związek? ( Moja znajoma by dostała szału za to stwierdzenie, że”tak już jest”).
To jest wyczerpujące.
Oczywiście, że jest. Kiedy jednak wszystko płynie jednostajnym nurtem, odnosi się wrażenie dryfowania. Wolnego, bez celu unoszenia się na wodzie.
Tak swobodnie, że człowiek nawet nie zauważa kiedy zaczyna się topić.

W niepewności dobre jest to, że zawsze jesteś gotowy na to, ze możesz zachłysnąć się wodą. Zachowujemy instynkt samozachowawczy.
Ale czy to rzeczywiście jest recepta?

Przerobiłam w swoim życiu kilka związków.
Niezbyt wiele.

I myślę sobie, ze moich byłych mogłabym podzielić na dwie kategorie
- Tych którzy zawsze byli
- tych którzy wiecznie mi umykali.

Żaden z powyższych schematów się nie sprawdzał do tej pory.

Każdy związek się rozpadł.

A teraz tkwię w związków niedomówionym.
Trochę uciekającym, trochę będącym.

W takim układzie jeszcze nie byłam. Mam mieszankę wszystkiego – emocji po brzegi: czasami spokój, namiętność, radość, euforia, motyle, smutek, złość, rozczarowanie, niepewność.

I nie wiem.

Nikt mi nie mówi, ze mnie kocha. Wszystko jest wstrzemięźliwe.
Nikt mi nie mówi, ze szaleje za mną. Nikt mi niczego nie obiecuje- nawet wierności. Nikt nie myśli o mieszkaniu ze mną.
Nikt mi nie mówi, ze sprawiam, żeby był szczęśliwy generalnie- sprawiam, ze jest szczęśliwy czasami, co jest dobre, bo przecież nie sprawiam, że jest nieszczęśliwy.

Za to kiedy mnie ktoś przytula, czuje , że czas stoi w miejscu. Kiedy patrzy na mnie widzę jak się rozczula. Całuje w nos i łapie mocno za dłonie. Mówi, ze jest zawsze kiedy potrzebuję.

Ale nie wie co będzie jutro, czy za tydzień czy za rok. Nie ma planów, nie ma wspólnych marzeń. Jest to co tu i teraz.

W związku z czym ja też jestem „czasami szczęśliwa”.

To zupełnie dla mnie nowe i próbuje w tym znaleźć siebie, umiejscowić moje poczucie wartości- bo czy to, że ktoś nie mówi, ze kocha i szaleje, kto mówi, ze czasami jest szczęśliwy i zarazem wciąż nie wypuszcza mnie i chce trzymać blisko, mówi, ze jestem ważna i wspaniała- czy to znaczy, że znaczę wiele czy niewiele?

Czy naprawdę chodzi o to, czy jestem warta więcej, czy chodzi o to, że chcę, żeby on mógł dać mi więcej.

Po co? Bo chce być jeszcze ważniejsza. Ale nie wiem czy dla niego czy dla siebie.

Tkwię w tym uparcie, mimo, że nie- nie wystarcza mi to. Ale nie wystarcza, bo potrzebuję dostać więcej, żeby poczuć się bardziej wartościową?

Bo myślę sobie „jestem za dobra na połówki”. Chce mieć wszystko.
Ale czy to własnie nie jest objaw ślepego egoizmu? Bo wydaje mi się, ze powinien mi coś dać.
Przecież nikt mi nie musi niczego dawać.

Chyba właśnie sama przestałam rozumieć o co mi chodzi.

Może po prostu się głupio tłumaczę i szukać wyjaśnienia, na to, ze nie będę nigdy dla niego tym kim chciałabym być?

I pytanie- czy jestem sama dla siebie wystarczającą wartością bym potrafiła być w czymś co nie równa się z moją samooceną?

Czy to w ogóle ma jakiś sens?

Wartościujemy rzeczy zupełnie inaczej- wiele rzeczy, które mi się wydają ważne są dla niego nie ważne i odwrotnie. Jednak kto powiedział, ze moje wartości są dobre? Może jego są?

Może mam sama dość siebie, dlatego chcę nauczyć się żyć inaczej? A może ja po prostu potrzebowałam przerwy od siebie? Wrzucić na luz…
Ale nie wiem… Nie wiem ile luzu w sobie mam.

Niby wszystko gra, ale widzę tę siekierę nad moją głową.
Ciąży mi serce. Nie wiem czy potrafimy tę inność pogodzić.
Najgorsze jest to, ze to właśnie ona mnie tak pociąga.

Czy jest to kolejny dylemat złożony z pytań, na które nie ma jasnych odpowiedzi?

Podobno nie ma na te rzeczy polisy ani gwarancji.

Nie ryzykujesz, nie wygrywasz.

Kolejne pytanie- czy w razie konieczności zdzierżysz kolejną porażkę?

Ja walczę zawsze do końca. Do końca, aż zostanę obdarta z każdej nadziei.

Ale czy bycie czasami szczęśliwym należy zastępować poczucie szczęścia generalnie?

O Ironio!

Brak komentarzy

Ulotne są te chwile.
Jestem na karuzeli, właściwie rolkosterze, który rozpędza się i hamuje tak, że prawie wylatuję z siedzenia. Tylko po to, by za chwilę wgnieść mnie w ten fotel z powrotem.
Relacje międzyludzkie zawsze mnie fascynowały. Lubię się w nich grzebać i szukać drogi do porozumienia. Lubię uczyć się ludzi. Im większe wyzwanie tym większa zabawa…
Płynę po wzburzonym morzu, pełnym emocji i uczuć. Uparcie chcę na nim być.
Tylko dziś pytam sama siebie- czy trzyma mnie chęć pokonania przeszkody, czy ja rzeczywiście tam chcę być?
Kiedy jest dobrze, jest harmonia i fale kołyszą mnie rozkosznie. Czuję się szczęśliwa, ale wciąż czekam kiedy znów zerwie się sztorm.
Czy w tym wszystkim jest szansa na miłość i wspólny kierunek?
Bardzo bym chciała.
Bardzo nie chcę w tym zgasnąć, nie utonąć w staraniach. Chcę być, chcę kochać i cieszyć się tym co mamy.
Ale chcę być też radością, czyjąś miłością i potrzebą. Potrzebą bym była.
Paradoksalnie tak bardzo się różnimy, mimo tego ja czuję, ze jesteśmy bardzo podobni.
Gubię się w nieswoich emocjach. Czuję się jak jeden wielki znak zapytania.
A widzę w Tobie tak wiele.
Uczę się rozumieć i czekać. Nie pędzić do przodu bez przemyślenia – Ale jak wygłodniały pies rzucam się na Twoje pełne czułości spojrzenie i trwoży mnie, gdy go nie widzę. Tak byłam ostrożna by nie wejść w coś co może mnie znowu zranić. Jesteś zaprzeczeniem wszystkiego co sobie postanowiłam, a ja wciąż chcę próbować i być. A ty jesteś tym kim ja byłam nim poznałam Ciebie.

O ironio!

Poczęstuj mnie tym oszukanym szampanem.
Zapal świece, które nie pachną.
Upijmy się dziś złudzeniami.

Złapmy się za ręce.
Patrzmy głęboko w oczy.
Udawajmy, że nie widzimy tej pustki.

Chwyć mnie mocno. Przyciągnij do siebie.
Jak gdybyś chciał mnie trzymać przy sobie dłużej niżeli tylko tę noc.

Całuj by zabrakło mi tchu.
Nie chcę oddychać. Chcę się zatracić w tej iluzji.

Dotykaj jakbyś był niewidomy.
Jakbyś ciałem chciał ujrzeć całą mnie.

A gdy już będzie po wszystkim, zgaś świece.
I nie zapomnij zostawić tej butelki.
Bym mogła tkwić w tym kłamstwie.

Dziś mam 26 lat.
A w głowie wspomnienie sprzed około 18 lat.

W Twoim małym mieszkaniu, w wielkim telewizorze puszczali utwór Alanis Morissette. Pamiętam, że wisiała w teledysku do góry nogami, a jej długie włosy zwisały swobodnie. Byłam nimi zachwycona! Ty za to nie mogłeś wyjść z podziwu jakie ona ma piękne zęby. Od tamtej pory wciąż mi powtarzałeś, że to bardzo ważne aby kobieta miała zadbane zęby.

Wyszliśmy na balkon, piłam ice tea z niebieskiego kartonika.
Objąłeś mnie i kazałeś spojrzeć w niebo.
W ciemności jaśniał wielki księżyc.
- Jesteś moją księżniczką. I jesteś ode mnie tak daleko. Bardzo tęsknie za Wami.
I wiesz co wtedy robię? Patrzę na ten właśnie księżyc. I wtedy wiem, że gdziekolwiek będziecie Wy i gdziekolwiek będę ja, jeśli tylko spojrzymy w niebo to będziemy spoglądać zawsze na ten sam księżyc. Dzięki temu ta odległość wydaje mi się być znacznie mniejsza, bo skoro wciąż widzimy to samo to nie możemy przecież być aż tak daleko?
Czy możemy umówić się, że co wieczór będziemy o tej samej porze spoglądać w niebo i myśleć o sobie? W ten sposób każdego dnia spędzimy chwilę razem.

Od tamtego dnia każdego wieczoru wyglądałam przez okno by powiedzieć Ci dobranoc. Zdarzało mi się zapominać i wtedy zrywałam się z łóżka, by choć przez chwilę na niego zerknąć z nadzieją, że wciąż patrzysz.

To był bardzo ważny moment w moim życiu.

Dzisiaj pełnia. Widzę każdy cień na księżycu i zastanawiam się, czy tam gdzie dziś jesteś wciąż patrzysz na ten sam księżyc. Może czekasz co wieczór na moje dobranoc?
Przez wiele lat byłam na ten widok obrażona, ale może niepotrzebnie?

Przecież nie wiem gdzie jesteś.

Ale wiesz co? Nawet jeśli już nie widzisz tego samego co ja, to nie jest to istotne. Bo ja zawsze kiedy go widzę to myślę o Tobie. Dzięki temu mimo upływu lat mogę spędzić z Tobą chwilę pod koniec każdego dnia.

Dziękuję Ci za to.

Twoja Princessa.

Od godziny czwartej z hakiem moje powieki tylko lekko się domykają. Cwaniary chcą oszukać głowę, że wciąż śpię!
Ale nie, nie- nagle ni stąd ni z owąd, mimo iż w pierwszy sen zapadłam blisko godziny drugiej, w mojej głowie rozpoczyna się kotłownia myśli- skubana, nie da się zrobić w trąbę.
I nie, nie myślę o tym co zjem na śniadanie, ani to w co się ubiorę.
Są to głębokie myśli egzystencjonalne.
I tak leżę i mówię sama do siebie- dziewczyno czy to aby na pewno ta pora, w której winnaś się zastanawiać nad tym czy to co robisz ma jakiś sens?
Mówię sobie- oczywiście, ze nie! Śpijże dziewczę. Za dwie godziny wstajesz do pracy!

Jednak figlarnie zawinie się gdzieś jedna myśl, za chwile dołączy do niej kolejna, nieco bardziej kłopotliwa i dociekliwa- i tak o to znowu rozrabiają we mnie pytania:
Czy to jest to jak chce żyć? Dlaczego niebo jest niebieskie? Czemu znowu jadłam w McDonaldzie? Może czas rzucić papierosy? Który z moich byłych najlepiej całował, a w ogóle to boli mnie serce na myśl o szykanowanych uchodźcach z Syrii. Skąd w ludziach tyle nienawiści? Czy nie pamiętają z historii prześladowań? Ciekawe ile będę miała dzieci? Czy ten facet , z którym się spotykam jest materiałem na parntera- nieee. Chyba mu jutro powiem, że nic z tego. Albo może nie. Przecież jest miło. Może się zmieni coś jeszcze.
Nie no muszę przecież spać! Ale Marco ma niebieskie oczy! Ciekawe czy ten starszy pan z tramwaju z zeszłego tygodnia żył tak jak chciał? Gdyby mój pies mógł mówić, powiedziałby, ze jestem dobra czy nie? Pewnie powinnam się bardziej starać dla niego. Wstanę o szóstej i pójdę biegać, wiec może już usnę. Bo skoro chcę schudnąć, to muszę przecież się ruszać! Dobrze, dobrze, już nie myślę.
… A co jeśli umrę jutro? Nie, przestań! Przestań myśleć!…
Jestem głodna. Nie, nie będę teraz jeść. Ehh ciekawe jakby to było latać!
-Atak kaszlu- może w końcu pójdę znów do lekarza! Dużo mam do zrobienia- śpij!!!

I tak około godziny piątej udaje mi się w końcu te myśli rozgonić w zakamarki podświadomości i oddać się w pełni potrzebie snu.

Kurwa! – Słyszę nagle zza okna. Otwieram oczy na złotówki, patrzę na zegarek- piąta dwadzieścia pięć. Panowie budowlańcy mieszkający nade mną już się obudzili i prowadzą radosne konwersacje przy piwku na balkonie- tuż nad moim oknem. Myśle sobie – poniedziałek, budzi mnie kurwa w moim własnym łóżku. To chyba nie jest dobry początek tygodnia.

Cudownie, na pewno już nie zasnę.
Ale nie, nie- piąta pięćdziesiąt pogrążam się w najgłębszym śnie.

Pipipipipipppipopipipipipi, Hau Hauw! – Szósta piętnaście.
Budzik dzwoni, pies już w gotowości na spacer.

Nieeeeee. Jeszcze 5 minut.
Jeszcze 10
15
siódma zero zero.Okej, teraz to już wstać trzeba.
Zrywam się w biegu, oczy jak po złości skleiły się i nie chcą otworzyć.

Szybko pod prysznic, wychodzę, łapię smycz.

Dziesięć minut szarpaniny we wszystkie strony, obserwacja jak każdy piękny krzaczek w o kół stawu zostaje zmiażdżony białym zadem mojego psa. No i nie tylko samym zadem.

Makijaż, włosy, łapię torbę i już mnie nie ma.
Wracam się byc sprawdzić czy zostawiłam psu wodę- oczywiście, ze tak. Ale nie pamiętałam.

W tramwaju ludzie leniwie ziewają. Niestety nie zasłaniają ust, a uwierzcie mi- nie każdy z nich przywitał się już ze szczoteczką do zębów.

Panie w wieku różniastym prześcigają się do siedzeń w tramwaju. Przypomina mi to nieco zabawy weselne- brakuje tylko flaszki jako wygranej.

Przesiadam się na pociąg.
Uf. Pierwsza stacja. Przedział cały dla mnie! Wyciągam wreszcie książkę. Rozsiadam się wygodnie. Czytam sobie o Polskim Jazzie i żałuję głęboko, że nie żyłam w tamtych czasach i nie poznałam tych mężczyzn.

Już się dosiadają ludzie i mimo caaaałej masy wolnych miejsc baba musi usiąść na przeciwko mnie tak, ze ja muszę podkulić nogi. Rzucam jej moje poranne spojrzenie, pełne złości i pogardy, uzasadnione w rzeczy samej. Ona jednak zdaje się nie zauważać mnie, bo ma nos w swoim telefonie.

Rozglądam się i każdy właściwie ma nos w telefonie.

Dojeżdżam. Wyskakuję. Lecę do budki z kanapkami i kupuję koktajl (zawsze duży leśny) i kawę. Również dużą.

I idę. Do wielkiego gmachu. Wchodzę z tłumem ludzi. Każdy zatrzymuje się na innym piętrze. Ktoś się pomyli, wciśnie dwa guziki. Mam dwie minuty- myślę sobie! Zaraz się spóźnię. Czuję się jak produkt na taśmie w fabryce. Każdy transportowany jest do odpowiedniego pudełka. W którym pełni rolę stempelka albo kodu kreskowego.

W chodzę do biura. Siadam na swoje krzesło.
Loguję się tysiącem haseł do tysiące aplikacji, których będę dzisiaj używała, żeby naprawiać coś na czym się tak naprawdę nie znam, ale jestem bystra, więc oni myślą, ze wiem co robię.

Siedzę i rozmawiam, czasami cos czytam. Nudzę się. Nudzę się taaaaaaaaaaaaaaaaaaak potwornie.
Nie, nie dlatego, ze nie mam zajęcia.
Dlatego, ze jest nudne.

Ale dobrze mi za tę nudę płacą. Więc siedzę jak ta bezmyślna owca. I wykonuje procedury, procesy, osiągam targety i zbieram pozytywne feedbacki.

Trochę poflirtuję z kolegą z pracy, z którym się spotykam od kilku tygodni. Który tak naprawdę jest przystojny, stosunkowo inteligentny, interesujący, ale niczego nie wie. Nie wie co chce robić, gdzie być, a właściwie wie, ale nie wie jak to zrobić. W sumie to wie, ale nie wie jak się za to zabrać. Ciągle mówi, ze chce się wyrwać. I tak podobno od kilku lat. I kiedy tak o nim myślę to jest to właśnie TO mnie w nim najbardziej odtrąca.
Bo się go pytam- skoro wiesz, czego chcesz i nie czujesz się szczęśliwy to czemu tego nie zmienisz?

Irytuje mnie to potwornie.

A wiecie dlaczego?

Pewnie, ze wiecie.

Bo mam dokładnie to samo.

Dlatego- przepraszam Wujku, jeszcze w tym miesiącu rozpoczynam kurs na motor.

I zrobię to co zamierzałam.

Przestanę marzyć o przystojniaku, który zajedzie po mnie pod biurowiec pięknym Harleyem Davidsonem i porwie mnie w podróż życia.

Jeśli to jest to czego chcę- to ja muszę być na tym Harleyu kierowcą.

Wszystko zaczyna się od małych kroków.

I tak właśnie wróciłam do domu i Wam o tym opowiadam.

Bo właśnie sobie uświadomiłam jak bardzo sama siebie ograniczam.

W czwartek idę na Jam Session. Może to nie czasy początków Jazzu w Polsce, ale muzyka wciąż jest muzyką. A młodzi tworzą. I to jest wspaniałe. I to jest piękne. I kocham to w życiu.

Bo taka jestem. I uwierzcie mi, ze w świecie korpo i cyferek ten stary element mojej duszy nie jest do końca rozumiany.
Nie wiedzą czemu wolę iść do obskurnego, śmierdzącego piwem pubu, pełnego dziwaków i niespełnionych artystów. Dlaczego zamiast do klubu wolę iść do speluny koło teatru i tańczyć na stole, bo podłoga klei się za bardzo i grozi to zgubieniem butów- mówię to z doświadczenia.
Dlaczego kocham się w każdym saksofoniście, dlaczego cieszę się, że odkryłam kolejną maleńką galerię, której nikt nie odwiedza, bo nie ma tam niczego „fancy”. Dlaczego pocałowałam w usta kumpla, który zaprowadził mnie do jedynego, nowopowstałego jazzowego miejsca moim mieście. Nikt z moich nowych znajomych tego „nie czuje”.
Ale mam to w nosie.
Bo to moje życie i nie będę udawała, ze upijanie się co weekend w prestiżowym klubie jest tym co sprawia, ze czuję się szczęśliwa. Że kolejne perfumy Coco Chanel to szczyt moich marzeń. Lubię to. Ale chce to mieć robiąc to co kocham.
Poza tym- jeśli będę pachnieć tylko wiatrem i drogą, która mam nadzieję kiedyś opisać- czegóż więcej mi trzeba?
Z czasem zapachu dziecka. Ale przecież nie jestem jeszcze Aż tak stara, a gdzie poznam miłość mojego życia jak nie na drodze, którą sama wybrałam i pokochałam?

Życzcie mi przespanej nocy. 1

Dobranoc.

.

Brak komentarzy

Właśnie przeglądałam sobie zawartość mojego bloga i zdałam sobie sprawę, ze ma już 11 lat.

11 lat mojego życia, smutków i radości w jednym miejscu.

Ciekawostka.

Wiesz co mówią o miłości?
Że kiedy ją spotkasz to będziesz wiedział.
Wiedział, że nie pokochasz już nigdy nikogo tak jak pokochałeś ją.
Będziesz wiedział, ze nawet jak spotkasz na drodze kogoś wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju, to nie ma to znaczenia.
Bo kochasz i będziesz kochał tę jedną.
Może nawet na chwilę zapomnisz o niej przy innej.
Przez chwilę będzie Ci się wydawało, ze jesteś w stanie pokochać kogoś innego.
Będziesz, ale to i tak nie będzie to.
Bo to o niej myślisz gdy się budzisz
O niej myślisz kiedy wstajesz.
I jeśli postawisz je obie obok siebie, nie będziesz długo wybierał.
Dlaczego więc nie jesteście razem?
Bo to może się nie udac. Bo ona nie chce stracić przyjaźni.
A ty godzisz się na to, przyjmujesz to jak jest, Bo ją kochasz.
Nigdy nie mogłeś być pewny jej, a ona Ciebie.
Jednocześnie nie byłeś nigdy bardziej swiadom swoich uczuć.
Błyszczą Ci się oczy gdy o niej mówisz.
A znasz każdą jej wadę.
Znasz każdy, nawet najobrzydliwszy sekret.
Jednak wciąż ją kochasz.
Bo jest odbiciem Ciebie, podobna a zarazem tak zupełnie inna.
Przy niej jesteś sobą.
Przy niej nie udajesz nikogo. Nie zgrywasz się, ze niczego się nie boisz.
Mówisz jej o wszystkich koszmarach Twojego wnętrza.
Mimo to potrafisz z nią usiąść i wspólnie czytać książkę.
Pójść na spacer, do teatru, zwiedzić kolejną nieodkrytą galerię.
Tylko przy niej wysikasz się na parkingu.
I z nią będziesz śmiał się do rozpuku.
Tylko z nią nie boisz się napić wódki i dać swoim demonom wypłynąć.
Bo wiesz, ze zrozumie, bo wiesz, że i tak będzie.
Bo wiesz doskonale, ze Cię kocha.
Będziesz ją nosił barana przez przejście dla pieszych.
Jak dzieci
I będziesz pozwalał by każdą stopą dotknęła białego pasa.
Wyrwiesz jej kwiaty z ogrodu.
Razem z korzeniami i ziemią jej wręczysz.
A ona będzie cieszyć się i śmiać.
Pójdziecie razem na koncert, która ona wybierze.
Nie będziesz lubił tej muzyki, ale będziesz się uśmiechał.
Bo widzisz jak ona ją uwielbia.
I będziesz rozczulał się na widok jej uśmiechu, gdy tańczy w rytm utworu.
I oboje wiecie, że to nie jest standardowe uczucie.
Ty jesteś dużo starszy. Miałeś już rodzinę. Nie chcesz tego więcej.
Ona jest młoda i niczego bardziej nie pragnie niż dziecka i domu.
Wiesz o tym.
Dlatego po raz kolejny mówisz jej- nie wyjdzie nam.
Ona znowu to przyjmie. I tak od lat.
Kiedy oboje wiecie, że to miłość, która się nie zdarza.
Oboje zapominacie imiona swoich poprzednich kochanków, gdy jesteście razem.
Bo wiecie, ze to nie znaczyło nic w porównaniu do tego co jest między wami.
Mimo tego wciąż nie jesteście razem.
I nie będziecie.
Ona mówi- kocham Cię
Ty mówisz – a ja kocham Ciebie
Za wiele mamy do stracenia.
Tak się kochamy od lat, ze boimy się stracić tę miłość.
I może któregoś dnia ona wyjdzie za mąż i pokocha kogoś szczerze.
Ale to nie ma znaczenia. Bo Ty jesteś tym którego on kocha od pierwszego wejrzenia.
Ryzyk Fizyk- tak Cię zapisała w telefonie, gdy Cię poznała.
Bo wiedziała, ze jeśli kiedykolwiek wybierze ten numer to będzie koniec.
Wiedziała, ze nie jesteś przypadkiem.
Wiedziała od pierwszego spojrzenia, że to nie skończy się na jednym wieczorze.
I każdy kto kiedykolwiek was widział razem wiedział- nie da się stanąć pomiędzy wami.
I to trwa.
I trwać będzie.
Nie wierzysz, że kiedyś się zdobędzie by być z Tobą?
Słusznie.
Żadne z was nie zdobędzie się.
A tracicie tak wiele.
Tego spokoju co macie, gdy jesteście razem nie będziecie mieli z nikim innym.
Ale to oboje wiecie doskonale.
Ty wiesz, ze ona szaleje z zazdrości.
Ona wie, ze ulegasz kobiecym wdziękom.
Wiecie oboje, ze nie znieślibyście tego.
Mimo iż ona wie, że żadna z tych przypadkowych kobiet nie zajmie jej miejsca.
A ty wiesz, ze żadna z nich nie jest tego warta i gdyby ona chciała, to miałaby w swojej sypialni pół miasta.
Nie ma drugiego takiego jak Ty, ani drugiej takiej jak ona.
I tylko wy to rozumiecie.
Tylko wy to wiecie co w waszych serach jest ukryte
Jeśli wierzyć w przeznaczenie – nosiłoby wasze imiona.
To jest cenniejsze od związku. To ma trwać wiecznie.
Bo jesteście sobie pisani.
Razem czy osobno. Wy i tak będziecie razem.
Ty zawsze będziesz w jej życiu a ona w Twoim.
Aż po grób.
To trwalsze niż niejedno małżeństwo.
Jestem tego pewna.
Pewna jak niczego innego w moim życiu.
Dałabym się za to pokroić.
Wiem, że będzie. A ona wie, że będziesz Ty.
Może to jest właśnie miłość? Pozwolić żyć tak jak chcemy a magię pozostawić w sferze magii?
Ryzyk Fizyk.
Nawet Twoja kwantowość nie jest w stanie tego rozgryźć.
Kiepska ze mnie romantyczka.
Ale to najromantyczniejsza historia jaka mi się przytrafiła.

To dziwne, że po raz pierwszy Cię to wspominam…
Bo jesteś mój. I nie chce się Tobą dzielić. Mój i nikomu nic do tego. Ale jeśli mam zostawić kiedyś po sobie ślad. Niech świat wie, że istniałeś. I że również ja miałam swoją miłość.

Zmiany, a właściwie – powroty.
Dwa lata mijają odkąd odwróciłam wszystko do góry nogami, żeby rozpocząć nową drogę, poznać siebie i rozwinąć skrzydła.
Czy osiągnęłam to co chciałam?
Częściowo.
Dwa lata temu jak żegnałam się z Gd. płakałam w poduszkę, myśląc- po jaką cholerę.
Dziś smutno mi opuszczać to miejsce.
Wiele dobrego mnie tu spotkało.
Wspaniali ludzie, piękne miejsca.
Nie mała lekcja życia.
Przyjechałam będąc sama i tak też wracam.
Ale wciąż otoczona niezwykłymi przyjaciółmi, rodziną… generalnie ludźmi, na których zawsze mogę liczyć.
To mój dobytek, który jest ze mną wszędzie.
Nie ważne dokąd się udam.
Nie ważne jak daleko od nich jestem. Oni są i wiem, że będą.
Czuję się jakbym oglądała film. Nie wszystko do mnie dociera.
Będę tęsknić. Za tym życiem, tymi ludźmi, tymi miejscami.
Mam nadzieję, że nie robię kroku w tył. Wracam tylko do siebie. Do mojego kącika. Mojego świata, gdzie nie boję się zostawać sama w czterech ścianach, bo wiem, że sobie poradzę.
Właściwie bycie tu pokazało mi, że ze wszystkim można sobie poradzić.
Nie ma rzeczy, których się nie da przeskoczyć, smutków, których nie da się przezwyciężyć.
Mimo tych ponurych chwil, kiedy myślałam, że braknie mi sił by rano wstać i umyć zęby.
Mimo rozczarowania samą sobą i moim kolejnym nieudanym związkiem- przeszłam przez to.
Nie, nie jest jeszcze idealnie. Jeszcze boli i ten moment teraz nie jest prosty.
Jeszcze zawyłam płaczem po jego telefonie. Jeszcze nie umiem trzymać emocji na wodzy.
Pakując swoje rzeczy wracam myślami do dnia, kiedy je wspólnie rozpakowywaliśmy.
Dziwne jak odległe mi się to wydaje. Jakby to był sen.
Ale już jest lepiej. Nie myślę o powrotach. Myślę, by iść na przód. Być znów silną Ja.
Smuci mnie to, ale inaczej. Smuci już tylko wspomnienie. Nie traktuję to jako część mojej teraźniejszości.
Zamknęłam ten rozdział.
Zamykam teraz kolejny. Ten znacznie przyjemniejszy.
Nigdy dotąd nie miałam przyjemności pracować z tyloma dziwnymi, zwariowanymi i różnymi ludźmi. W atmosferze niesamowitej tolerancji, akceptacji i otwartości. To było niesamowite doświadczenie. A tych ludzi nigdy nie zapomnę i mam nadzieję, że część z nich na zawsze zostanie ze mną. Tak jak moim przyjaciele od lat. Jak moja rodzina od zawsze. Są rzeczy, która trwają wiecznie. Trzeba w to wierzyć. Bo to dobre. Bo to ważne. Bo to trzyma nas w pionie.

Denerwuję się.

Ale wierzę, ze to nowy początek. Kr był podkładką do tego, żeby w końcu się poukładać. Żeby w końcu pozbyć się tego czego już nie chcę i dostać to czego tak pragnę.
Spokoju ducha. Czystych myśl.

Tak będzie.

Dobranoc.


  • RSS