Jakiś chłód się wkradł.
Chłód, który studzi całą gorącą lawę, która się ostatnio na mnie wylała. Mrożę uczucia te dzisiejsze jak i te z dalekiej przeszłości.
Łez wylało się ostatnio sporo.
Wiele przykrości i rozczarowań.
Kiedyś wszystko było zapalnikiem. Mało subtelnym przejściem do całej przeszłości. Do każdego bólu i żalu.
Zamrażam w sobie wszystko to co bolało, boli i będzie boleć.
Ludzki ból, który mnie otacza, na który nie potrafię nic poradzić.
Kiedyś uważałam, że to ja jestem za to wszystko odpowiedzialna.
Brałam za swoją porażkę i winę wszystko co się w okół mnie działo.
Nie miałam nigdy odwagi powiedzieć tego co ja czułam, bo uważałam, że nie mam prawa, bo to wszystko w końcu moja wina.
Moje błędy, złe decyzje.
Sprawiło to, że zawsze czułam się mała, nieważna i zła. Czułam się nic nie warta.
Czułam, że nie zasługuję na nic lepszego, bo to karma, która do mnie wraca.

Usłyszałam o sobie wiele złych rzeczy ostatnimi czasy. Rzeczy prawdziwe i nieprawdziwe.
Kiedyś się tego wypierałam, bo przerażała mnie odpowiedzialność jaką ze sobą niesie przyjęcie tego wszystkiego na siebie. Bałam się znowu poczuć nikim. A nigdy nie miałam odwagi powiedzieć, ze właśnie tak o sobie myślałam.

Wiele rzeczy się działo w moim życiu. Wiele krzywdziło moich bliskich. I nie było złotych środków, a jego poszukiwania kończyły się wiecznie na nieporozumieniach, podsycanych masą emocji i bólu.

I ja myślałam, ze to wszystko moja wina. Wszystko. Całe nieszczęście innych, każdy ból.

Myślałam sobie- jak paskudnym człowiekiem jesteś, ze ludzie, których kochasz tak cierpią przez Ciebie?

Kiedyś chciałam ratować wszystko. Tłumaczyć wszystkich i każdego.

Teraz już mi się nie chce. Nigdy nie zbiorę się na to by powiedzieć komukolwiek to co leży mi na sercu, bo wiem, ze to nakręciłoby tylko kolejną spiralę emocji i nieporozumień. Nie mam na to już siły ani ochoty.

Mrożę to głęboko w sercu i dziś powtarzam sobie- Ty wiesz jak było i jakie były Twoje intencje.

Nie jest dla mnie istotne to co się o mnie mówi, to jaki ktoś obraz mnie maluje. Bo ja już nie będę czuła się winna wszystkiemu.

Nie chcę się więcej biczować, bo dziś już wiem, że nie zasłużyłam na to.

Zawsze rozumiałam i tłumaczyłam innych- nigdy siebie.

Sama sobie nigdy niczego nie wybaczałam. Sama sobie wiecznie coś zarzucałam i zajadałam swoje poczucie wartości, aż zeżarłam wszystko co w sobie kiedyś lubiłam.

Pozwalałam sobie sama wmówić, że to wszystko ja. Wszystko złe to ja.

Zawsze brałam na siebie odpowiedzialność za wszystko i w ciszy przeżywałam to, ze znowu wyszło nie tak. Że znów ktoś opacznie mnie zrozumiał. Kiedyś próbowałam się bronić i tłumaczyć, ale nie potrafiłam być przekonująca, bo przecież sama wierzyłam w to, że to wszystko moja wina, a ja jestem zła.

Cięłam niewidzialne rany na własnej duszy, tak jak inni tną skórę by ulżyć własnemu cierpieniu.

Okaleczałam własne wnętrze, bo czułam, ze jest i tak puste.

Szukałam miłości w ludziach, którzy nie widzieli prawdziwej mnie. Bo bałam się pokazać kim jestem. Bo czułam się nic nie warta.

Wiem jak wiele się wydarzyło. Jak wiele cierpienia to zadało nam wszystkim. Wiem jak bardzo to boli do dziś i wiem, ze też miałam w to swój wkład.

Ale wiem dzisiaj też, ze nie cofnę czasu. Nie wiem czy zrobiłabym dzis inaczej, ale wiem, ze moje intencje zawsze były i będą takie same.
Wiem, ze nigdy nie chciałam nikogo zranić. Zawsze robiłam tak jak uważałam, ze będzie najsprawiedliwiej, mimo, ze czasami wychodziło odwrotnie.

Wiem dzisiaj też, że nikt nie siedział w mojej głowie. Wiem, ze ludzie oceniają to co widzą i to jak to na nich oddziałuje. I wiem dziś, ze na to nie mam wpływu.

Wiem też, że moje tłumaczenia ani dzisiaj ani wtedy niczego by nie zmieniły, bo na percepcję nie potrafię wpłynąć.

Dziś mogę tylko zrozumieć i powiedzieć, ze boli mnie to. Chciałabym potrafić wniknąć w umysły ludzi i przekazać to wszystko co siedzi w mojej głowie i co wtedy chciałam uzyskać.

Nie będę się jednak tłumaczyć. Bo ja w końcu zaczęłam też siebie przed sobą tłumaczyć i bronić.

Bronić przed wiecznym poczuciem winy.

Dziś wiem, że nie jestem ani bardziej ani mniej winna wszystkiemu co się działo. Właściwie myślę, ze nikt nie jest winny.

Wierzę w dobre intencje, może dlatego, ze sama zawsze takie miałam. Nie widzę sensu rozpatrywać rzeczy inaczej.

Bo myślę sobie, ze tak jak ja dzisiaj, tak każdy inny, w końcu rozliczy się sam ze sobą.

Mój osąd nie jest istotny jeśli chodzi o prawdę. Tak samo osąd innych nie jest stanem faktycznym.

Nie mam nikomu niczego za złe, a jeśli mam to chowam to w głąb. Bo chcę skupić się na tym co jest dzisiaj dla mnie ważne.

Ważny jest dla mnie dzisiaj spokój i zgoda. I miłość, której wiem, ze nam wszystkim nie brakuje.

Każdy z nas popełnił masę błędów.

Każdy zawsze będzie nosił w sobie jakiś żal. Ale czy w generalnym rozrachunku to naprawdę ma teraz jeszcze znaczenie?

Pewne rzeczy bolą i boleć będą. Przeszłości nie zmienimy. Nie przeskoczymy. Nie zrozumiemy, nie zawsze też wybaczymy, a już na pewno nie zapomnimy.

Grzebać się w tym nie ma po co.

Kiedyś uciekłam w swój świat, gdzie byłam tylko ja. Nie chciałam mieć blisko nikogo kogo kocham, bo to bolało. Bolało niezrozumienie. Bolało to, ze ja kiedyś zraniłam. Bolało wszystko.

Słyszałam wielokrotnie w moim życiu, ze jestem niewdzięczna, ze jestem egoistką, że nie dbam o nic, że jestem naiwna, że nie zależy mi.

I powiem tylko tyle:

Ja wiem, ile wdzięczności w sobie niosę, tylko ja wiem, że lata mi zajęło, żeby pomyśleć o sobie i tylko ja wiem co ja czułam i czym się kierowałam. I jak bardzo chciałam, zeby każdy wiedział jak bardzo mi zależy. A zależało mi na każdym z Was, bo byliście całym moim światem. Wszystkim co znałam i w czym czułam się bezpiecznie. To był mój dom. Moja rodzina. I byłam z niej dumna. Bardzo dumna. Nie umiałam tego rozgraniczyć. Bo wszyscy tworzyliście dla mnie całość.

Ktoś chcę to przyjąć, ktoś nie. I nie powiem, ze o to nie dbam. Bo zależy mi. Ale nie na tyle bym się jeszcze kiedyś kajała. Bo wszystkie noce, kiedy płakałam sama w 4 ścianach, kiedy każdy inny miał kogoś obok- ile razy brałam na siebie samą to co się działo – tego nikt nie widział. Tego nikt nie wie. Oprócz mnie.
Noce kiedy nie było w domu nikogo oprócz nas dwie. Kiedy sama kołysałam ją do snu i zabierałam butelki z łóżka. Kiedy każdy miał jej dość. A ja zamykałam się z nią na całe dnie, czuwając przy jej łóżku.
Kidy wszyscy się wynieśli, a ja sama zbierałam cęgi jej bólu. Odcinałam sznur ze szyi. Kiedy gryzłam sie sama ze sobą, gdy ją spoliczkowałam.
Od tego zaczęło się moje wieczne poczucie odpowiedzialności za ból i żal innych. Czułam, ze w ciszy muszę zagryzać zęby i brać na siebie to z czym inni sobie nie radzą. Bo tak się postępuje, gdy się kogoś kocha.

Dlatego – Rozumiem ból Wasz. Rozumiem żal. I czuję go równie mocno jak i wy. Wasz ból zawsze był moim bólem. I wiem, że mój ból był też bólem waszym. Zwłaszcza mojego brata. Brata którego rany bolą mnie bardziej niż moje własne, bo czuję się wobec nich tak potwornie bezradna.

Wiem, ze każdy z nas przeżywał wiele w samotności.
Dlatego- nie mam prawa oceniać. A Wy nie macie prawa oceniać mnie. Ja przyjmuję to co mi mówią ludzie, bo tylko oni wiedzą co naprawdę czuli. Co zamierzali. Mogę w to wierzyć bądź nie. Ale nie dopowiem do niczego więcej żadnej teorii. Bo jeszcze raz:

W wieczór gdy zamkniemy się sami, w ciemnościach ze swoimi myślami- sami przed sobą będziemy odpowiadać i będziemy musieli potrafić sobie sami wybaczyć. I tylko my wiemy jak było i jak jest. I sami będziemy musieli sobie z tym poradzić.

Bo jak to kiedyś ktoś powiedział…Na każdego przychodzi czas kiedy zostaje ze sobą sam na sam. I samu sobie będzie trzeba spojrzeć w twarz.

Dlatego ja dziś chcę wybaczyć sobie i wybaczam. Jestem jaka jestem. Byłam jaka byłam. Czasami postępuję dobrze, czasami źle. Ale wiem już dziś, że nie jestem odpowiedzialna za wszystko to co się wydarzyło. Nie wmówię sobie więcej za to wszystko winy. Za wiele mnie to kosztowało. Sama też nie chowam urazy do nikogo. Nawet do tych, którzy mówią o mnie nieprawdę.