Fun, wolność, zero zobowiązań.
Wszystko jest piękne dopóty jest ulotne i nie wiąże się z jakimkolwiek wyrzeczeniem.
Wyznań miłości nie szczędzą. Potrafią do upadłego mówić kocham Cię.
Ale! Nie potrafię być taki jakim byś mnie chciała. Nie umiem żyć w stabilności. Stawiam Siebie na pierwszym miejscu. Tak jest prościej. Po co komplikować to co piękne i bezstresowe planami, oczekiwaniami. Po co odmawiać sobie czegokolwiek. Czy nie mozemy być blisko i wciąż mieć swoje życie i cieszyć się sobą jak mamy na to ochotę?

Jak to piszę to sama sobie myślę „coś w tym jest”.
Dlaczego jednak wiązanie się z kimś musi się wiązać z wyrzekaniem się Siebie?
Uważam, ze to bzdura. Ludzie sami sobie narzucają ” skoro jestem z kimś muszę być taki i taki”. Przecież tak nie jest. Oczywiście trzeba iść na pewne kompromisy, ale nagrodą za to jest posiadanie blisko osoby, która mimo wszystko, będzie.
Dlaczego wspólnie nie dążyć do marzeń i dzielić się tym co lubimy, kochamy.
Bycie z kimś nie oznacza, ze nie należy myśleć o sobie, tylko, ze w tym wszystkim należy pamiętać o drugiej osobie. Nie jest to jednak przypadkowa osoba, tylko ta którą kochamy.

Nie wiem skąd moje wybory się biorą. Może przez to, ze przez wiele lat czułam, ze nie zasługuję na miłość mężczyzn , których kochałam. Bo nie dostawałam od nich uwagi, której potrzebowałam, bo popełniałam błedy, które trudno było im mi wybaczyć. Przyzwyczaiłam się, ze jestem mniej ważna niż oni. Niż ich życie. Zawsze, gdzieś byłam z boku, z tyłu. I pewnie z racji relacji, tak powinno było być. A gdy stawiałam siebie na pierwszym miejscu, często było to odbierane, że myślę tylko o sobie. I teraz podświadomie takich partnerów szukam i zaraz tęsknie za moim pierwowzorem, który dał mi mój ojciec, dla którego byłam całym światem. Dlatego czuję się źle, gdy nie myślę o innych tylko o sobie. Za większość wyborów, które dokonałam, gdyż pomyślałam o sobie, dostawałam po głowie, bo nie byłam wdzięczna w rozumieniu innych.

Może dlatego wybieram tych jak mój ojczym- który nie stawiał mnie na piedestale i chcę by stawali się tacy jak mój ojciec. Oboje bardzo kocham i oboje odegrali ważne role w moim życiu.

Ma to jakiś sens. Może dlatego nie potrafię ułożyć sobie życia z nikim. Oczekuję od innych by stawali się swoimi przeciwieństwami.
Chociaż wydaje mi się, ze chce tylko czegoś po środku. Nie chcę być wiecznie na pierwszym planie, ale nie chce wciąż stać z boku. Chcę być czyjąś częścią.

Mam dość wracania do pustego mieszkania, gdzie czeka na mnie nieszczęśliwy pies. Nieszczęśliwy, bo wciąż mi brakuje chęci, zapału i czasu by zająć się nim tak jak na to zasługuje.
Mam dość radzenia sobie ze wszystkim sama. Staram się robić sama wszystko, ale czasami po prostu chciałabym, żeby ktoś przy mnie był i powiedział ” daj, ja to zrobię”.
Kogoś kto mnie przytuli po złym dniu. Kogoś komu mogę się zwyczajnie wypłakać gdy mi źle. Od dawna nikogo takiego nie ma blisko mnie.
Jak płaczę to płaczę w poduszkę, ewentualnie przez telefon.
Jak się przytulam ze smutku to do poduszki.
Są w okół mnie ludzie, ale to nie to samo co dzielenie z kimś życia.
Moi najbliżsi są daleko, przyjaciele też, a Ci co są blisko mają swoje życie. W rezultacie każdy z nas bywa sam.

To nie jest tak, że jest mi strasznie źle samej. Są tego plusy. Ale mam pustkę. Którą potrzebuję wypełnić.
A w okół mnie sami Piotrusie Pany.

Jesteś cudowna, kochana, wspaniała, kocham Cię, ale nie. Nie chcę wspólnego życia. Nie chcę niczego poświęcać.
Jak można kochać, nie będąc gotowym poświecić czegokolwiek!?

Nie rozumiem dzisiejszych mężczyzn. A oni pewnie nie rozumieją mnie.

Chcą czegoś prostego, nieskomplikowanego. Kobiety bez oczekiwań. Kobiety, która tylko daje a oni mogą do woli trwać w swojej Nibylandii.

A ja chcę partnera. Przyjaciela. Towarzysza i miłości. Chcę moje Ferrari, którym dla mnie będzie Garbus. Mój, swój i najlepszy.