Zawsze uważałam siebie za twardzielkę. Taką ot Pocahontas- wkurzysz mnie to strzelę Ci z łuku w piętę.
Zawsze myślałam o sobie „kto jak kto ale ja to sobie w kaszę nie dam dmuchać, nie ze mną takie numery”!
Ale wiecie jaka jest prawda?
Że to gówno prawda.
Są ludzie, którzy mogą mi nasrać na głowę, wetrzeć to gówno w twarz, a ja, jeśli tylko to uzasadnią – spróbuję to zrozumieć.
I wiecie co?
Wcale nie uważam tego za słabość. Odwrotnie- to moja siła. Bo potrafię być ponad krzywdy.
Istotnym faktem w całym tym wyznaniu jest to, iż dotyczy to jedynie, a może głównie( żeby znowu nie powiedzieć gównie) -ludzi, którzy są mi bliscy. Których kocham.
I jest to swego rodzaju naiwność, nieustanna wiara w ludzi, dostrzeganie w tym całym syfie jaki się przydarza, ich dobre strony.
Powiedziałam ostatnio do mojego brata, ze jest naiwny. Pogniewał się na mnie.
Ja zupełnie tego nie rozumiałam, bo w moim odczuciu naiwność tego typu, to nie jest słabość. Słabi są Ci, którzy ją wykorzystują przeciw tym, którzy wierzą w ich dobroć.
Bo to przecież prawda, ze ludzie błądzą. Nie ma złotych środków na wszystko co się w życiu człowieka dzieje.
I ja również wierzę, że złe rzeczy się czyni nie bez przyczyny- chyba, że ktoś jest chory. Ale to też w końcu jakaś przyczyna.
I nie- nie bronię tu nikogo.
Chodzi o obiektywizm. O wejście na poziom powyżej emocji. O dojście do sedna sprawy. Po co? By zrozumieć. Bo tylko rozumiejąc jesteśmy w stanie coś naprawić, zmienić bądź czasami odrzucić.

Ciemna strona tej przypadłości jest fakt, że często bywamy zranieni.
Np Ja. – Jak juz wspomniałam Pocahontas w połączeniu z Xeną Wojowniczą księżniczką.
No ja przecież nie dam sie zranić! Ja nie z tych co pozwolą sobie wejść na głowę!( Tak, to przerobiliśmy parę linijek wcześniej).
Chce powiedzieć, że dzisiaj sobie uświadomiłam, a właściwie zostało mi uświadomione, że ja właśnie tą chęcią poznania, bardzo pozwalam siebie ranić.
Bo ciągła wiara w coś sprawia, ze po każdym rozczarowaniu zbieramy w sobie siłę by na nowo uwierzyć (bo ja się nie poddaję!- To już nie ściema). Tylko, że często te upadki się ponawiają.

I sęk w tym , ze nie wiem czy bycie Matką Teresą kiedyś sprawi, że ktoś będzie chciał tak uparcie rozumieć mnie. I czy to, ze ja kogoś zrozumiem pomoże mi się z nim oswoić. I czy może ja próbuję kogoś zmieniać na lepsze, a ten ktoś może wcale nie chce być lepszym? A może chce, ale stanie się nim tylko wtedy kiedy to on będzie musiał rozgryźć kogoś tak jak ja rozgryzam teraz.

Chyba już za bardzo gmatwam. W każdym razie reasumując:
Moim skromnym zdaniem: Naiwność to nie słabość. To dobre serce, na które już wielu nie stać.