Wpisy z okresu: 1.2016

Skorupa.

Brak komentarzy

Wychodzenie ze swojej skorupy jest trudne.
Ze skorupy własnej codzienności.
Utartych szlaków i znanych schematów.
Chcemy coraz więcej. Chcemy iść coraz dalej.

Tęsknie za sobą. Za sobą sprzed przeprowadzki.
Zajętej sobą. Skupionej tylko na sobie.
Teraz dzielę własne myśli. Własny plan dnia.
Czekam na jakiś przełom. Na koniec zimy.
Znam ten stan zawieszenia i złoszczę się na siebie.

Czy naprawdę zawsze potrzebujemy dramatu by coś naprawdę w sobie zmienić?

Spaść nisko, żeby odbić się w górę?
Może niepotrzebnie wróciłam na stare śmieci.

Może powinnam była lecieć dalej, głębiej siebie i życia?

Wróciłam do starej siebie. Do głowy pełnej marzeń, zamkniętej w czterech ścianach. Pragnącej miłości. Przygody. Wiatru w żaglach.

Może żagle…może to powinien być mój plan na lato.
Zaraz po motorze.
By poczuć pęd. By iść przed siebie. By wyjść z tej skorupy.

By być sobą i czuć się z tym świetnie.

ważne.

Brak komentarzy

Zastanawiam się ostatnio dlaczego tak często przekładamy poczucie własnej wartości na ocenę innych?
Może to wynika z naszej własnej niepewności siebie? Jednak z drugiej strony, przecież nigdy nie będziemy obiektywni w stosunku do samych siebie. Czy więc idealizowanie własnej osoby jest rzeczywiście dobre?
W pewnym sensie to ograniczanie siebie samego, blokowanie rozwoju osobowości.
Przecież nie zawsze to co wydaje nam się dobre, rzeczywiście takie jest.
A może jest? Może chodzi o to, żeby wybierać to co jest dobre dla nas samych?
Tylko czy przy takim poziomie egoizmu można stworzyć zrównoważony, szczęśliwy związek? I czy my w ogóle wiemy co jest dla nas dobre?
Nie jestem do tego przekonana.
Zawsze uważałam, że warto być otwartym na to co mówią ludzie, bo w każdej, nawet najbardziej kąśliwej uwadze jest szczypta prawdy. Prawdy w rozumieniu tego jak nas się postrzega. Bez względu na kierujące motywy osoby oceniającej.
Może w tym rzecz? Może dlatego wybieramy partnerów, którym wciąż musimy coś udowadniać, bo tak naprawdę chcemy udowodnić coś samemu sobie?
To, że jesteśmy warci miłości, że wyjątkowi?
A może to nie ma znaczenia czy sami dla siebie jesteśmy wartościowi?
Może jest to syndrom osoby, która czuje się sama ze sobą dobrze, dlatego do pełni szczęścia potrzebuje dostrzec to w odbiciu drugiej osoby?

A może to już tak jest, ze w relacjach chodzi o to, żeby się ciągle przeciągać, naciągać, wyginać i generalnie gimnastykować, żeby wciąż doskonalić siebie i swój związek? ( Moja znajoma by dostała szału za to stwierdzenie, że”tak już jest”).
To jest wyczerpujące.
Oczywiście, że jest. Kiedy jednak wszystko płynie jednostajnym nurtem, odnosi się wrażenie dryfowania. Wolnego, bez celu unoszenia się na wodzie.
Tak swobodnie, że człowiek nawet nie zauważa kiedy zaczyna się topić.

W niepewności dobre jest to, że zawsze jesteś gotowy na to, ze możesz zachłysnąć się wodą. Zachowujemy instynkt samozachowawczy.
Ale czy to rzeczywiście jest recepta?

Przerobiłam w swoim życiu kilka związków.
Niezbyt wiele.

I myślę sobie, ze moich byłych mogłabym podzielić na dwie kategorie
- Tych którzy zawsze byli
- tych którzy wiecznie mi umykali.

Żaden z powyższych schematów się nie sprawdzał do tej pory.

Każdy związek się rozpadł.

A teraz tkwię w związków niedomówionym.
Trochę uciekającym, trochę będącym.

W takim układzie jeszcze nie byłam. Mam mieszankę wszystkiego – emocji po brzegi: czasami spokój, namiętność, radość, euforia, motyle, smutek, złość, rozczarowanie, niepewność.

I nie wiem.

Nikt mi nie mówi, ze mnie kocha. Wszystko jest wstrzemięźliwe.
Nikt mi nie mówi, ze szaleje za mną. Nikt mi niczego nie obiecuje- nawet wierności. Nikt nie myśli o mieszkaniu ze mną.
Nikt mi nie mówi, ze sprawiam, żeby był szczęśliwy generalnie- sprawiam, ze jest szczęśliwy czasami, co jest dobre, bo przecież nie sprawiam, że jest nieszczęśliwy.

Za to kiedy mnie ktoś przytula, czuje , że czas stoi w miejscu. Kiedy patrzy na mnie widzę jak się rozczula. Całuje w nos i łapie mocno za dłonie. Mówi, ze jest zawsze kiedy potrzebuję.

Ale nie wie co będzie jutro, czy za tydzień czy za rok. Nie ma planów, nie ma wspólnych marzeń. Jest to co tu i teraz.

W związku z czym ja też jestem „czasami szczęśliwa”.

To zupełnie dla mnie nowe i próbuje w tym znaleźć siebie, umiejscowić moje poczucie wartości- bo czy to, że ktoś nie mówi, ze kocha i szaleje, kto mówi, ze czasami jest szczęśliwy i zarazem wciąż nie wypuszcza mnie i chce trzymać blisko, mówi, ze jestem ważna i wspaniała- czy to znaczy, że znaczę wiele czy niewiele?

Czy naprawdę chodzi o to, czy jestem warta więcej, czy chodzi o to, że chcę, żeby on mógł dać mi więcej.

Po co? Bo chce być jeszcze ważniejsza. Ale nie wiem czy dla niego czy dla siebie.

Tkwię w tym uparcie, mimo, że nie- nie wystarcza mi to. Ale nie wystarcza, bo potrzebuję dostać więcej, żeby poczuć się bardziej wartościową?

Bo myślę sobie „jestem za dobra na połówki”. Chce mieć wszystko.
Ale czy to własnie nie jest objaw ślepego egoizmu? Bo wydaje mi się, ze powinien mi coś dać.
Przecież nikt mi nie musi niczego dawać.

Chyba właśnie sama przestałam rozumieć o co mi chodzi.

Może po prostu się głupio tłumaczę i szukać wyjaśnienia, na to, ze nie będę nigdy dla niego tym kim chciałabym być?

I pytanie- czy jestem sama dla siebie wystarczającą wartością bym potrafiła być w czymś co nie równa się z moją samooceną?

Czy to w ogóle ma jakiś sens?

Wartościujemy rzeczy zupełnie inaczej- wiele rzeczy, które mi się wydają ważne są dla niego nie ważne i odwrotnie. Jednak kto powiedział, ze moje wartości są dobre? Może jego są?

Może mam sama dość siebie, dlatego chcę nauczyć się żyć inaczej? A może ja po prostu potrzebowałam przerwy od siebie? Wrzucić na luz…
Ale nie wiem… Nie wiem ile luzu w sobie mam.

Niby wszystko gra, ale widzę tę siekierę nad moją głową.
Ciąży mi serce. Nie wiem czy potrafimy tę inność pogodzić.
Najgorsze jest to, ze to właśnie ona mnie tak pociąga.

Czy jest to kolejny dylemat złożony z pytań, na które nie ma jasnych odpowiedzi?

Podobno nie ma na te rzeczy polisy ani gwarancji.

Nie ryzykujesz, nie wygrywasz.

Kolejne pytanie- czy w razie konieczności zdzierżysz kolejną porażkę?

Ja walczę zawsze do końca. Do końca, aż zostanę obdarta z każdej nadziei.

Ale czy bycie czasami szczęśliwym należy zastępować poczucie szczęścia generalnie?

O Ironio!

Brak komentarzy

Ulotne są te chwile.
Jestem na karuzeli, właściwie rolkosterze, który rozpędza się i hamuje tak, że prawie wylatuję z siedzenia. Tylko po to, by za chwilę wgnieść mnie w ten fotel z powrotem.
Relacje międzyludzkie zawsze mnie fascynowały. Lubię się w nich grzebać i szukać drogi do porozumienia. Lubię uczyć się ludzi. Im większe wyzwanie tym większa zabawa…
Płynę po wzburzonym morzu, pełnym emocji i uczuć. Uparcie chcę na nim być.
Tylko dziś pytam sama siebie- czy trzyma mnie chęć pokonania przeszkody, czy ja rzeczywiście tam chcę być?
Kiedy jest dobrze, jest harmonia i fale kołyszą mnie rozkosznie. Czuję się szczęśliwa, ale wciąż czekam kiedy znów zerwie się sztorm.
Czy w tym wszystkim jest szansa na miłość i wspólny kierunek?
Bardzo bym chciała.
Bardzo nie chcę w tym zgasnąć, nie utonąć w staraniach. Chcę być, chcę kochać i cieszyć się tym co mamy.
Ale chcę być też radością, czyjąś miłością i potrzebą. Potrzebą bym była.
Paradoksalnie tak bardzo się różnimy, mimo tego ja czuję, ze jesteśmy bardzo podobni.
Gubię się w nieswoich emocjach. Czuję się jak jeden wielki znak zapytania.
A widzę w Tobie tak wiele.
Uczę się rozumieć i czekać. Nie pędzić do przodu bez przemyślenia – Ale jak wygłodniały pies rzucam się na Twoje pełne czułości spojrzenie i trwoży mnie, gdy go nie widzę. Tak byłam ostrożna by nie wejść w coś co może mnie znowu zranić. Jesteś zaprzeczeniem wszystkiego co sobie postanowiłam, a ja wciąż chcę próbować i być. A ty jesteś tym kim ja byłam nim poznałam Ciebie.

O ironio!


  • RSS