I wszystko szargane jest przez emocje.

Tak silne, bolesne i negatywne.

Wypalenie i zmęczenie.

Kiedy tkwisz w miejscu, które nigdy nie będzie Twoje.

I wpajasz sobie do głowy „czas Ci pomoże”

Jednak on ucieka tak prędko, wciąż jest go za mało.

Za mało dla siebie, za mało dla bliskich i za mało na rzeczy potrzebne.

Gnam coraz dalej, wspinam się coraz wyżej, ale ta droga nie ma celu.

Szukam i znajduję co rusz coś nowego.

Jednak to wciąż nie to co by sprawiło, że mogłabym powiedzieć „jestem szczęśliwa”.

Nie mam prawa narzekać, więc i nikomu się nie skarżę.

Mam więcej niżeli inni mają- mam dach nad głową, stosunkowo dobrą pracę, rodzinę, chłopaka, przyjaciół.

A jednak nic mnie nie cieszy.

To taka obłuda wokół mojego „ja”.

Bo właściwie przez zeszły rok zapomniałam kim jestem.

Wszystko dookoła jest nowe- nic co by mi mogło przypominać o tym jaka byłam.

Tworzę nową siebie.

I może nową siebie lubię bardziej ( bardziej uporządkowana, ambitna, pracowita), ale nie lubię przestrzeni w okół mnie.

Nie znoszę wręcz.

Ciężko znaleźć harmonię tam, gdzie zastało się wszystko niezbadane i obce.

W poszukiwaniu odpowiedzi nigdy nie ma ładu.

Trudno się zatem odnaleźć.

 

 

Moje korzenie są  daleko. Moja głowa wciąż myśli o wszystkich tych, którzy byli, o tych którzy są i o tych którzy zawsze będą mi bliscy.

Tęskni za tymi, którzy odeszli w sposób jednoznaczny i za tymi, którzy nigdzie otwarcie i realnie nie odeszli.

Zastanawiam się jak to będzie kiedy  będę miała dzieci… jak zapewnię im rodzinę…

Czy jeśli mnie zabraknie, będzie komu je wspierać i kochać?

Jak daleko będą od tego wszystkiego od czego ja się oddaliłam… i wciąż brakuje mi czasu, żeby się przybliżyć.