Przepraszam swoje serce za brak łączy z rozumem.
Przepraszam, że zawiodłam.
Przepraszam, że nie filtrowałam usłyszanych słów.
Przepraszam, że nie zrobiłam tego czego powinnam.
Przepraszam, ze pozwoliłam przeniknąć do serca.
Przepraszam za swoją głupotę.
Przepraszam za ślepotę.
Najbardziej jednak przepraszam za to, że wiem, ze to złe, a ja wciąż tego chce.
Przepraszam, że zezwoliłam na potraktowanie siebie w ten a nie inny sposób.
Przepraszam za to, że rozczarowanie wciąż jest z nami, a smutek gdzieniegdzie przedostaje się na światło dzienne.
Nie. Nie przepraszam Ciebie. Przepraszam siebie. Bo to sobie wyrządziłam tym wszystkim największą krzywdę.
Zawiodłam siebie. Swój rozsądek. Swoją intuicję. Przede wszystkim zawiodłam swoje wnętrze. Powinnam była je lepiej strzec.
Nauczka na teraz- nie otwieraj swojego serca przed tymi, których nie możesz być pewna.

W dłoniach wciąż trzymam Twoją dłoń. Szepczę Ci, że będzie dobrze. Ronię po kryjomu łzy, bo martwię się o Ciebie. Wiem, ze będziesz z tym wszystkim sam. Po cichu jednak tłumaczę sobie, że to przecież jest tego warte. Cierpliwie znoszę każde słowa z Twoich ust, bo wiem, ze nikomu innemu nie możesz ich powierzyć. Z pokorą słucham o Twoich obawach, jestem z Tobą całym sercem. Całym. W ciszy znoszę brak Twojej obecności. Nie mówię Ci o tym co czuję, bo myślę, ze masz już wystarczająco na głowie. Uśmiecham się do Ciebie i powtarzam- jestem i czekam. A Ty w tym czasie równie cichutko wychodzisz z naszego pokoju. Mówisz- zaraz wracam. Po czym zamykasz za sobą drzwi i przekręcasz kluczyk, który kolejno wyrzucasz daleko, gdzieś gdzie znajduje się zapomnienie. Teraz już wiem, ze nigdy nie miałeś zamiaru wracać. Zostałam sama w zimnym, pustym pokoju.