Dzisiaj jest 15 kwietnia 2010 roku. Mam 20 lat, 10 miesięcy i jeden dzień. 20 lat temu o tej porze pewnie spałam w swoim małym, dziecięcym łóżeczku lub pomiędzy moimi rodzicami. Do snu pewnie ukołysała mnie mama, a za dnia wpatrywał się we mnie mój tata. Pewnie, ponieważ tego nie pamiętam. 20 lat temu być może moja mama i tata ustalili, że jutro będę obchodzić moje imieniny. Pierwsze święto, jakie będą mogli ze mną świętować. 20 lat temu cieszyli się z mojego uśmiechu, pierwszych kroków, a raczej prób podjęcia kroków. Ciekawe, kto pierwszy był przy nich… Kto trzymał za ręce.

Próbuję w pamięci odnaleźć, choć jedno tak odległe wspomnienie.

Nie potrafię, lecz potrafię to sobie wyobrazić.

17 lat temu któreś z nich zaprowadziło mnie to żłobka. Prawdopodobnie to była mama. 17 lat temu któreś z nich mnie z niego odbierało…

Tu już coś mi świta w głowie… urywki wspomnień…

Może, za 60 lat, gdy moja pamięć będzie się cofać, będę w stanie sobie przypomnieć te niby zwyczajne, ale jakże niesamowite chwile.

Dziwne myśli dopadają człowieka samotnymi wieczorami.

Tak niewiele pamiętam. A tak wiele chciałabym wiedzieć.

Pamiętam pewne śniadanie. Musli z truskawkami i jogurtem.

Pamiętam pewien obiad. Zupa grzybowa i jeden grzyb w niej. Ja i mój brat i nasze pytanie do mamy „ Mamo, czy ja to lubię?” i jej odpowiedź „ Bardzo to lubicie”. Nóż i „ciach”, grzyb przekrojony. I choć dzisiaj nie cierpię grzybów to ta połówka smakowała mi nieziemsko.

Pamiętam Bajkę. Jak uciekła i po kilku godzinach wróciła ciągnąc za sobą jakąś młodą parę, która trzymała ją za obrożę. Powiedzieli, że ją znaleźli biegającą po ulicy i chcieli zabrać do schroniska a ona przyprowadziła ich tutaj. Do naszego domu…

Pamiętam jak sikała na dywan.

Pamiętam niebieskie kafelki w kuchni i małe okienko z kuchni wychodzące na nasz salon.

Pamiętam małe różowe lusterko mamy, przy którym się malowała.

Wielkie buty narciarskie taty i pantofelki mamy, w których uwielbiałam tańczyć.

Pamiętam czerwoną i niebieską żarówkę w pokoju brata. Jego biurko i pościel w samochody oraz firankę w koguty.

Szafę, która miała składane lustra, w których jak się oglądałam widziałam kilka twarzy i każda z nich miała swoje imię.

Dwie framugi. Jedna była moim mężem, a druga kochankiem. To chyba z nimi najtrudniej było mi się pożegnać.

Nie pamiętam swojego pokoju. Tylko nieład w nim panujący.

Zielone, stare kanapy w salonie.

Dym papierosów. I słodki zapach skóry mojej mamy.

Pamiętam jak wyglądał klucz do pokoju mojego brata.

Nie pamiętam wspólnych obiadów. Kiedy byliśmy wszyscy.

Nie pamiętam łazienki, tylko tyle, że miała wannę.

Nie pamiętam piwnicy.

Pamiętam zdjęcia i regał z książkami. Na samym dole leżał telefon do czasu, aż nie zadzwoniłam z niego kiedyś przypadkiem do Chin i kilka minut gaworzyłam swoim wymyślonym językiem zafascynowana tym, ze nie tylko ja sobie wymyśliłam własną mowę.

Pamiętam też uczucia. Uczucia, o których wolę nie pamiętać.

Pamiętam obrazy, których nie powinnam pamiętać.

I pamiętam miejsce gdzie stał stół, a na jego miejscu pusty karton.

Passata. I nic więcej.

Jakby ktoś wyciął kilka chwil z mojego życia.

Nagle znalazłam się tu i pamiętam pierwszy dzień w przedszkolu.

Ani słowa po polsku.

Tylko jakąś dziecięcą melodię.

Pamiętam jak bardzo chciałam nauczyć się śpiewać „Stokrotkę”, bo wszystkie dzieci potrafiły tylko nie ja.

Pamiętam, ze nauczył mnie ją śpiewać dziadek.

… skrawki wspomnień, które układają moją historię. Historię, której nie pamiętam w pełni.

Ludzie, którzy tak bliscy mojemu sercu rozmywają się we mgle czasu, która płynie tak nieubłagalnie szybko.

Kiedyś próbowałam przypomnieć sobie głosy tych, którzy odeszli… I choć nie potrafię tego dokonać, to jestem pewna, że kiedy przyjdzie na to czas rozpoznam je w największej ciemności. I nie będę się bała. Te głosy opowiedzą mi o wszystkim, czego już dziś w pamięci nie posiadam.